tło

tło

piątek, 8 sierpnia 2014

Rozdział 1

Szkoła, jak szkoła. Duża i nudna. Na zewnątrz ściany miały wyblakły żółty kolor, a w środku były niebieskie albo zielone. Na tych właśnie ścianach zawieszone były plakaty obwieszczające przyszłą imprezę. Zaproszenia zrobiliśmy na godzinie wolnej, bo akurat dzisiaj nie było chemii.
*****
Cały dzień rozmawialiśmy tylko i wyłącznie o imprezie. Według mnie wszystko było ustalone po porannej dyskusji, ale... Każdy szczegół powinien być dopracowany.
Wróciłam do mojego dużego domu o 15.00. Weszłam do dużego salonu i przywitałam się z rodzicami. Tata siedział przed telewizorem, ale nie zwracał uwagi na film akcji - pochłonęło go dzisiejsze wydanie gazety. Znowu pomyślałam, że w dobie Internetu staruszek pozostaje przy swoich dawnych zwyczajach. Mama krzątała się w kuchni, przygotowując szybki obiad.
- Cześć kochanie, idziemy dzisiaj na zakupy. Idziesz z nami? -zapytała kobieta, nawet się nie odwracając.
- Nie mamo, zostanę w domu. -odpowiedziałam i szybko poszłam na górę do swojego pokoju. 
To właśnie tam najbardziej lubiłam siedzieć. Nie licząc oczywiście miejsca na dachu. Zawsze się tam ukrywałam, kiedy coś było nie tak. 
Mój pokój był niewielki - łóżko pod pochylonym oknem na ścianie przeciwległej do drzwi, szafa z ubraniami i kilka półek na książki na lewej ścianie i biurko po prawej stronie. Ściany miały lawendowy kolor. 
Odrobiłam lekcje przy biurku i spędziłam dzień tak, jak każdy inny - zasiadając przy komputerze, oglądając serial, przeglądając różne strony i czatując z przyjaciółmi. Co innego miałabym robić? W tym mieście nic się nie działo...
*****
Trzy dni minęły i nadszedł dzień imprezy. W szkole siedziałam niespokojnie i wyczekiwałam końca zajęć, zresztą tak jak pozostała trójka. Potem wróciliśmy do domów. Ja, oczywiście, nie zdradzałam nic swoim zachowaniem, ale strasznie się niecierpliwiłam. 
W końcu rodzice pojechali. Latałam po domu jak głupia, próbując ogarnąć na tyle, żeby można było spokojnie zacząć przygotowania. Przez pół godziny zdążyłam się zmęczyć i wtedy usłyszałam pukanie do drzwi.
- Wejdźcie! -krzyknęłam z kuchni. Właśnie wyjmowałam z lodówki kilka rzeczy do zrobienia dipów.
- Hej! Mam wszystko! Będzie cudownie! Niebieskie balony, różowe serpentyny... -zaczęła trajkotać Katie.
- Tak. Pomyślałaś o wszystkim! -uśmiechnęłam się i uścisnęłam ją z rękami z daleka, bo już zdążyłam pobrudzić się jogurtem.- Zacznij wszystko rozwieszać w salonie i wpuść chłopaków. Powinni zaraz być.
Ustrojenie domu zajęło nam około dwie godziny. 
- Chodź na górę. Przebierzemy się, a chłopcy niech sprawdzą jeszcze sprzęt. -powiedziała przyjaciółka i zaciągnęła mnie na górę.
- Mogę iść z wami? -zawołał z dołu Rick. Przewróciłam tylko oczami i pozwoliłam się prowadzić do mojego pokoju.
Katie stanęła przed szafą.
- Więc, w co się ubierasz? -usłyszałam pytanie. Pomyślałam o wszystkim, ale nie o tym...
- Ja... No wiesz... Może bym... -zaplątałam się.
- Oj, Cleo... Jak ja Cię dobrze znam. Masz szczęście, bo znam również twój rozmiar. 
Zaniemówiłam. Przyjaciółka pobiegła do swoich toreb i wyjęła z jednej dwie sukienki. Jedna była z delikatnego materiału o kolorze wiosennej trawy. Krój był wymyślny i idealnie pasował do Katie. Druga była asymetryczna z lekkim spięciem z przodu. Była ciemno-niebieska i to właśnie ona była dla mnie.
- Wkładaj i nie marudź. Za to pożyczysz mi tą fajną bransoletkę z zegarkiem. -ponagliła.
- Jasne, nie ma sprawy. - mruknęłam i weszłam do toalety. Szybko naciągnęłam na siebie ubranie, rozpuściłam włosy i wyprostowałam paroma ruchami. Wyszłam, a Katie obrzuciła mnie wzrokiem.
- Nie jest źle, ale zmień buty.
Spojrzałam na trampki - buty zastępcze. 
- Przecież są w dobrym stanie... -zaczęłam tłumaczyć, ale szybko zostałam uciszona.
- Ugh... Masz. I tylko spróbuj tego nie założyć! -podała mi ciemne balerinki. Mamy ten sam rozmiar, więc to nie był problem.- Teraz ja idę, a ty znajdź mi tą bransoletkę.
Katie wystarczyło kilka minut mniej, niż mi - jej włosy zawsze były idealne.
- Już? -podałam dodatek przyjaciółce i ta kiwnęła głową.- Chodźmy do chłopaków. Tak się zastanawiam, czy zamykać pokój... 
- Lepiej zamknij - usłyszałam radę Scotta. Stał w drzwiach.
- Ej! -rzuciłam w niego poduszką.- Co robisz?
- Chciałbym wam powiedzieć, że pierwsi goście się już schodzą. -powiedział ubrany w koszulkę z grafiką krawatu chłopak.
Zeszłam na dół w towarzystwie dwójki przyjaciół, podczas kiedy trzeci obsługiwał już sprzęt. Kilka osób rozglądało się po zaciemnionym salonie. Zapowiadała się dobra impreza.
*****
"Spotkanie towarzyskie" już całkiem się rozkręciło. Wszystko wychodziło idealnie, aż do pewnego momentu...
- Rick! Ścisz muzykę! -zawołała dziewczyna o perfekcyjnej figurze. Blondynka przeciskała się wśród tłumu, by dopaść chudego chłopaka.
- Jennifer? Co ty tu robisz? -spytał, kiedy ta dopadła go na podwyższeniu.
- Ścisz ten szajs, kretynie! -zaczęła wrzeszczeć tak, że każdy ją usłyszał.
Rick posłusznie zrobił to, ale nie dlatego, że ona mu kazała, tylko dlatego, że kiwnęłam głową. Nie chciałam kłopotów. Miałam nadzieję, że powie coś i impreza dalej będzie trwała. Pomyliłam się.
- Słuchajcie! Ta impreza jest do bani! Chodźcie do mnie! 
Kiedy minął szok, wydarzyło się kilka rzeczy na raz: Rick zaczął coś krzyczeć, Jennifer zeszła z podwyższenia, a we mnie gniew aż się zagotował. Inni stali jak wryci i patrzyli to na mnie, to na Jennifer.
- Co? Od trzech dni to planowałam. Nie masz prawa... -nie dokończyłam.
- Oh, tak, sieroto? -dziewczyna podparła się pod boki i przekrzywiła głowę. Czekała na moją reakcję.
To prawda, jestem sierotą. Do dwunastego roku życia nikt nie chciał mnie adoptować, sama nie wiem, czemu. Pamiętam moją prawdziwą mamę. Mam zaledwie parę krótkich wspomnień, ale to wystarcza. Jednakże nie lubiłam, a wręcz nienawidziłam, kiedy ktoś tak do mnie mówił. Rzadko się to zdarzało, ale jednak...
Zacisnęłam ręce w pięści i już miałam powiedzieć coś o Jennifer i jej charakterze, kiedy zaczęły migać światła. Nie wzbudziło to we mnie sensacji i w momencie, kiedy wśród tłumu przeszedł pomruk, ja starałam się opanować gniew. 
Światła dalej migały i odezwała się Jennifer:
- Nawet problemy z prądem masz. Nie powinnaś urządzać tego, co nazywasz imprezą, kiedy nawet prądu nie potrafisz opanować. Ludzie, chodźcie do mnie! U mnie nie ma takich problemów! -wykrzyczała.- Może lepiej byłoby, żebyś została w sierocińcu. -zmrużyła brązowe oczy i uśmiechnęła się z satysfakcją. 
Nagle zapanował chaos. Scena, jak z horroru - coraz szybciej migające światła, później pękające z hukiem żarówki, panika tłumu. Wszyscy zaczęli szaleć, a mi, nie wiadomo czemu, zabrakło sił i osunęłam się na ziemię.
W ostatnich przebłyskach świadomości zobaczyłam biegnącego w moją stronę Scotta i panikującą Kate.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Pierwszy rozdział za mną :) Proszę o komentarze :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz